czego kobiety nie widzą patrząc w lustro?

czyli czego jeszcze zdecydowanie powinnyśmy się nauczyć.

 

52

 

„kiedy myślę o kobietach, które podziwiam, które potrafią w tę kobiecość bez definicji, ale w codzienności, to właśnie tak je widzę. z winem i z mieczem. w miękkości – serca, dotyku i spojrzenia. i w stali tam, gdzie nie wolno ustępować. tylko ten balans bardzo trudny do utrzymania. za to jaki piękny.”

– a. piwowarczyk

 

brakuje nam w szkole porządnych lekcji przedsiębiorczości, bo gdy przychodzi moment, w którym meldujemy się z jakiegoś powodu w banku, nie wiemy praktycznie nic lub lecimy na informacjach tak mocno nieaktualnych, że niejednokrotnie kosztuje nas to spore, niepotrzebnie stracone pieniądze. nie wystarcza nam kilka lekcji na biologii o tym w jaki sposób rozmnaża się gatunek, jaki stanowimy. nie znamy podstaw tego jak działa nasze ciało. ciało, które choć nie powinno, stanowi często dla nas samych zagadkę. nie uczą nas także  logicznego myślenia, co widać potem w naszych beznadziejnie nielogicznych decyzjach, które podejmujemy zbyt wcześnie i przez wzgląd na zbyt głupie argumenty. spędzamy w szkole większą część dnia, a nie dowiadujemy się ani nawet nie interesujemy tym, na ile jest to produktywny czas. potem przed trzydziestką na pytanie czemu nie uczymy się nowego języka, nie poświęcamy więcej czasu w roku na kontynuowanie swojej pasji, nie mamy jak przez bite trzy miesiące dopasować kalendarza do spotkania z dawno nie widzianym kumplem ze szkolnej ławki, odpowiadamy słynne już i słyszane na każdym kroku „bo nie mam czasu”. w wolnym tłumaczeniu – „bo nadrabiam ten stracony czas w szkole, w którym nie robiłem zupełnie nic”.

 

mimo posiadania dyplomu, musimy nadal nadrabiać materiał z przedsiębiorczości, podstaw biologii, logiki myślenia i zarządzania czasem. przychodzi mi do głowy też jeszcze jedna rzecz, której powinniśmy się nauczyć. w szczególności my, kobiety.

 

tego, żeby umieć się ogarnąć na ważne wyjście zarówno w bajecznie wyposażonej łazience hotelowej i czekającej w niej wynajętej fryzjerce, jak i na stacji benzynowej, gdzieś po środku niczego, na której jedynymi fryzjerskimi akcesoriami są umywalka z bieżącą wodą i suszarka do rąk. tego, żeby potrafić się odnaleźć zarówno na tygodniowych wakacjach w opcji all inclusive, jak i w budżetowym przelocie między sześcioma państwami w tydzień, z których z wcześniejszymi planami zgadzało się tylko jedno z tych odwiedzonych. tego, żeby potrafić dogadać się zarówno z agresywnym i pijanym facetem pod nocnym klubem, jak i z wysoko postawionym urzędnikiem państwowym. w obu sytuacjach z takim samym efektem – skutecznym.

 

czego więc powinnyśmy się nauczyć? po prostu balansu. między byciem księżniczką, a kumpelą. między braniem, a dawaniem. między oczekiwaniami z jakimi rozmarzone zasypiamy, a tym co kolejnego dnia funduje nam życie. między usprawiedliwianiem się szalejącymi hormonami, a zwyczajnym przyznaniem, że spieprzyłyśmy. między posiadaniem czasu dla nowopoznanych ludzi, którzy od pierwszego momentu wydają nam się tak bliscy, jakbyśmy znali ich całe życie, a starymi przyjaciółmi, którzy byli obecni jako jedyni w czasach, gdy nikt nie chciał stać obok. między tym, co dobrze znane i udomowione, a między wszystkim co błyszczące nowością i związane z podekscytowaniem. między słuchaniem, a mówieniem. między zapewnianiem swojemu mężczyźnie we wspólnym domu spokoju, a organizowaniem mu tam kolejnego pola, na którym musi walczyć. między byciem osobą, która wie, widziała i zna już wszystko, a tą, która potrafi się przyznać, gdy nie rozumie jakiejś oczywistości.  między byciem suką dla kogoś z obawy przed tym, że przedrze się przez mury obronne, a byciem suką dla kogoś, kto robi rozpierdol w twoim królestwie.

 

bo, cholera, to śmieszne, że potrafimy dbać o swój wygląd zewnętrzny lepiej niż kiedykolwiek w historii, a nie dbać o wygląd wewnętrzny czyli o to, jakimi jesteśmy ludźmi. że przez wielkimi wyjściami spędzamy godziny w łazience przed lustrem skoncentrowane na tym jak wyglądamy, a ani minuty nad zastanowieniem się jak wygląda to, co sobą reprezentujemy. że wciąż i wciąż nie umiemy zbalansować bycia zarówno pięknymi kobietami, jak i cudownymi ludźmi. wychodzi więc na to, że mimo, iż czasy szkolne już daleko za nami, my wciąż mamy do odrobienia pracę domową.

 


, , ,
  • a wiesz, że ostatnio myślałam o tych lekcjach przedsiębiorczości w szkole? stwierdziłam, że gdyby przekazywały cokolwiek wartościowego, to może dzisiaj byłam księgową, a nie sinologiem.

    • ka

      akurat księgową za nic w świecie być bym nie chciała, ale faktycznie gdybym dzięki tym lekcjom wiedziała dziś cokolwiek, to może już bym brała kredyt na mieszkanie, a nie smęciła w kółko, że tego się nie da tak prosto ogarnąć. koniec końców chyba jedynym słusznym wnioskiem jest bycie świadomym, że największą wartość ma to, do czego sami usiądziemy i sami się nauczymy. no i posiadanie kilku tomów encyklopedii napisanej na podstawie własnych doświadczeń ;-).

      • ta księgowa to był taki przykład, bo ja z kolei też zawsze uważałam, że to najnudniejszy zawód świata, a jak zaczęłam sama czytać o podatkach i przepisach, to zupełnie się w to wkręciłam ;) według mnie takie zajęcia powinny uświadomić przynajmniej podstawowe rzeczy – zasady płacenia podstawowych podatków, koszty, plusy i minusy prowadzenia działalności gospodarczej, przeliczanie płac… ale czego ja oczekuję, skoro nawet na studiach z zarządzania nie mówią, jak założyć firmę i co to jest podatek VAT (czego w takim razie uczą? pierdyliarda definicji zarządzania według pana A, B, C, Z, z książek sprzed 30 lat).

  • jakie to nieskomplikowane i dobrze brzmiące z tą szkołą. Gdyby nauka komunikacji i obycia w społeczeństwie faktycznie była uskuteczniana, na pewno mnóstwo zapyziałych myszek osiągnęło by w życiu coś więcej. Pamiętam, że zawsze mnie trochę denerwowały. Sama miałam ochotę momentami podejść i wręczyć kilka złotych rad, żeby przestały być takie niezauważalne i pomijane. Z tym, że akurat pewne rzeczy jednak szkoła zostawia nam samym i myślę, że to ni jest znowu takii zły motyw. Bo ciężko, żebyśmy się tam uczyli zasad sovoir-vivre’u, jak rozmawiać z osobą starszą, jak traktować zwierzęta itede. Szkoła od zawsze była głównym źródłem nauki i edukacji, ale nie jedynym. Tu wkraczają rodzice, podwórko, znajomi i nasz włąsny temperament.

  • slawojek

    Ka, czytam ten tekst po raz tysięczny, z nadzieją, że kolejne odświeżanie strony wyświetli mi Twój nowy post!

    • ka

      z dziką satysfakcją: mówisz i masz, jak na zawołanie! :*