„kochane, życzę wam, by ktokolwiek ma wasze serca…”

czyli krótka rzecz o miłości

 

#47

 

„kazali nam wierzyć, że miłość, ta prawdziwa, zjawia się tylko jeden raz w życiu i do tego zazwyczaj przed trzydziestym rokiem życia. nie powiedziano nam, że miłość nie jest sterowana i nie przychodzi w ściśle określonym czasie. kazali nam wierzyć, że każdy z nas jest połówką pomarańczy, że życie ma sens tylko wtedy, gdy znajdziemy tę drugą połowę. nie powiedziano nam, że rodzimy się w całości, że nikt w naszym życiu nie zasługuje na to, by nieść na swoich barkach odpowiedzialność za dopełnienie naszych braków: rozwijamy się w sobie. jeśli jesteśmy w dobrym towarzystwie, to jest to po prostu przyjemniejsze.”

j. lennon

 

znam osoby, które mieszkają ze sobą po cztery czy pięć lat i choć żyją razem, nie ma w tym ich życiu ani trochę miłości. jest przyzwyczajenie i przywiązanie, ale siłą spajającą wcale nie jest żadne uczucie, no chyba, że uczuciem możemy nazywać lenistwo. zamiast czułości i energii do wspólnych czynności, jest w nich niechęć do zmian, bo przecież po takim czasie razem naprawdę trudno jest się rozstać. to jest zawsze koronny argument. i nie działają na wyobraźnie próby rozszerzenia ich perspektywy – najpierw czasowej, w której rysuje im jak dzieciom nauczyciel na tablicy oś czasu dwudziestu czy trzydziestu lat ich życia i pokazuje jak małym fragmentem tej linii jest ten ich staż niesatysfakcjonującego jak cholera związku, potem płynnie przechodząc do perspektywy o wiele szerszej, tej, na której rysuję im ich przyszłość i nakłaniam do wyobrażenia sobie tego kim będą i jak będą żyć za kilkanaście lat. jeśli ich odpowiedź „tak samo jak teraz” wcale nie wiąże się z uśmiechem podekscytowania lub błogostanu, a mimo to wcale ich nie przeraża, zwijam swoje teorie z powrotem do wielkiej torebki, którą zawieszam tradycyjnie na przegubie ręki i znikam z poczuciem, że nic tu po mnie…

 

znam także osoby, których partner jest jak ich nowe życie. pierwszy oddech w chwilę po tym jak było blisko, by to życie stracić. i w tym ich życiu każdy dzień składa się z wykorzystanych do cna godzin i minut, a im wciąż mało. apetyt na siebie, na chwile, na życie mają większy niż tarrare. to są pary jak fermina i florentin, jak osiecka i przybora, jak spełnione życzenia, które składam wszystkim nowożeńcom, pisząc im w pamiątkowych kartkach: „chciałabyś, żeby miłość dowiodła ci, że istnieje. nie tędy droga. to ty masz dowieść, że istnieje”. takie pary też się rozstają, ale jedynie w dramatycznych okolicznościach. przez chorobę czy śmierć. poziom niesprawiedliwości jest tak ogromny, że wpada wręcz w absurd, a widząc to, błagasz, by ktoś zasłonił ci oczy…

 

napatrzyłam się wystarczająco na setki, jak nie tysiące różnych związków. pamiętam także każdą lekcję, którą przyniosły mi te, w których byłam i ja. kalejdoskop wspólnych chwil oraz uczuć jest bezgraniczny, tak, że wciąż kombinuje jak objąć go jakoś, by w pełni zrozumieć. i choć tyle już za mną, wciąż czuję się jak mała dziewczynka stojąca z zadartą do góry głową przed bramą świata tych pokręconych i nadal jeszcze nieodkrytych związków. jedyne co wiem już na pewno, to fakt, że żaden z nich nie trwa wiecznie. że nie ma co się stawiać, argumentować i uparcie powtarzać, że jasne, że na pewno wszystkie, ale nie twój. choćbyś miała pewność jak nigdy wcześniej, mogę jedynie powiedzieć, że ufam ci, ale – raz jeszcze – napatrzyłam się wystarczająco. dwa pierwsze akapity tego tekstu to zaledwie dwa pierwsze z brzegu argumenty. więc wierzę ci, ale zawsze też będę dodawać, że najważniejsza i jedyna relacja, co do której możesz mieć pewność, to twój związek z samą sobą. kochane, życzę wam, by ktokolwiek ma wasze serca, niech kocha się w was tak, jak sam wyobrażał sobie w bezsenne noce bycie kochanym. ktokolwiek ma wasze serca, niech dba o nie, ale nigdy, przenigdy, nie bardziej niż wy same.

 


, , , ,